Adopcja w wielu polskich rodzinach to nadal temat tabu. Rzadko komu kojarzy się ze szczęściem, pełnią rodzicielstwa, a już na pewno nie z niezapomnianym pierwszym usg i dwiema kreskami nowego życia. Większości z nas towarzyszą raczej ambiwalentne uczucia. Walka o prawa rodzicielskie, rodzinne patologie, złe geny i długofalowy proces adopcyjny. Są jednak osoby, które podejmują walkę.

Początki

Jak wspominasz początki okresu przed adopcyjnego?

Ewa: Bardzo trudno mówić mi o początkach. Z mężem bardzo długo staraliśmy się lekceważyć myśli o niepłodności, jednak diagnoza Poradni Leczenia Niepłodności zdjęła nam przysłowiowe klapki z oczu. Potem, myśl o adopcji przyszła automatycznie. U mnie, bo u męża trochę to trwało. Robił to bardziej ze względu na mnie. Wiedział jak bardzo chciałam być matką. Po kilku spotkaniach na kursie adopcyjnym sam bardzo dojrzał do tej decyzji. Zapragnął dziecka tak samo jak ja.

Rozważaliście konkretne formy adopcji?

Ewa: Tak. Wiedzieliśmy, że mamy do wyboru adopcje prenatalną. To tzw. łatwiejsza forma adopcji, przynajmniej dla dziecka. Dziecko od pierwszych chwil przebywa z Tobą, łatwiej jest wam nawiązać więź. Na to jednak się nie zdecydowaliśmy. Chcieliśmy dać dom dzieciom, które już na niego czekają. One znacznie bardziej tego potrzebują. Od początku również myśleliśmy o rodzeństwie. Wymarzona była dla nas dwójka: maleństwo i starsze dziecko.

Nie baliście się, że podwójne obowiązki mogą was przerosnąć?

Ewa: Oczywiście! Najbardziej baliśmy się reakcji starszaka. Czy nam zaufa. Czy nas pokocha. Czy nawiąże z nami dobry kontakt, mimo świadomości swojej przeszłości. Początki wszystkich adopcyjnych rodziców są pełne obaw.

Jak wspominasz procedurę adopcyjną?

Ewa: Mieliśmy farta, że nasi bliscy znajomi mieli to już za sobą. Mentalnie przygotowali nas na stosy dokumentów, pełną inwigilację i najgorsze – czyli czekanie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że proces nie potrwa miesiąc, ale szczerze przyznam przerażała nas myśl, że prawie dwa lata to czekanie na sam kurs. Nie wyobrażam sobie jaką cierpliwość muszą mieć rodzice aktualnie ubiegający się o adopcje. Strasznie ubolewam, że chce się zamykać małe ośrodki prowadzone przez organizacje pozarządowe, bo często to one robią najlepszą robotę. Mieliśmy to szczęście, że załapaliśmy się jeszcze na tzw. starą ustawę i mogliśmy przejść całą procedurę właśnie w takim małym ośrodku.

Jak długi był to proces?

Ewa: Od pierwszego telefonu do rozpoczęcia kursu minęło około 1,5 roku. Sam kurs był zarówno najlepszym jak i najtrudniejszym momentem. O ile trenerki i uczestników wspominam bardzo dobrze, o tyle samo podejście do nas jako do przyszłych rodziców – negatywnie. W pierwszym etapie, gdzie tematyka była dość ogólna odczuwałam złość, zwłaszcza, że pracowałam jako pracownik socjalny i kurator społeczny. Złość, że jak kobieta zachodzi w ciążę to nie musi przechodzić żadnych kursów, a my? Nas traktowano jak byśmy byli gorszym sortem rodziców i musieli kończyć szkołę przygotowania do rodzicielstwa. Taki test na rodzica.

Co było dalej?

Ewa: Potem było już tylko czekanie. Nigdy nie wiadomo jak długo to potrwa. Może to być miesiąc bądź kilka. Gdy telefon w końcu dzwoni, czas zobaczyć swoje przyszłe dziecko. Zazwyczaj odbywa się to w neutralnej atmosferze, by asekurować dziecko przed możliwą negatywną decyzją rodziców. Przywiązanie i kolejne porzucenie to dla niego niewyobrażalna trauma. Potem pozostaje jedynie postępowanie sądowe, które jest uzależnione od sytuacji prawnej podopiecznego. Na koniec zostaje już najprzyjemniejszy krok – bycie pełnoprawnym rodzicem i zabranie dziecka do domu.

Czy ośrodek adopcyjny oferował wam wsparcie psychologiczne?

Ewa: Oczywiście. Takie wsparcie jest istotną częścią procesu adopcyjnego. Psycholog był zawsze był dla nas, zarówno w trakcie jak i po adopcji.

Jak reagowało otoczenie?

Ewa: Była taka sytuacja, gdzie Pani w okienku w ośrodku zdrowia powiedziała – „Chce Pani dziecko zapisać do pediatry, ale ona nie jest wasza. Ona jest z domu dziecka”. Być może miała na myśli tylko to, czy dziecko ma nasze nazwisko. Niesmak jednak pozostał.

Ludzie dają odczuć inność. Bywa, że czuje się jak trędowata. Moje dzieci też. Zdarzają się jednak i pochlebne opinie. Rodzina wspierała nas od samego początku. Również znajomi często przychodzą, gratulują, pytają. Inni uważają nas za bohaterów, jakbyśmy co najmniej świat przed zagładą uratowali. Słowo podziwiam słyszeliśmy pewnie tyle samo razy co współczuję.

Bałaś się, że negatywne reakcje wpłyną na waszą decyzję?

Ewa: Nie. Już wtedy byliśmy bardzo utwierdzeni w naszej decyzji. Od początku liczyliśmy się z konsekwencjami. Wiedzieliśmy, że nie będzie to szybki i łatwy proces. Reakcja otoczenia była jednym i szczerze powiedziawszy najmniej ważnym minusem adopcji. Prawdziwą i jedyną walkę stoczyliśmy z samym sobą i naszymi lękami.

Jak myślisz skąd wynika owe współczucie i dawanie wam do zrozumienia, że jesteście inni niż statystyczne rodziny?

Ewa: Moim zdaniem głównym powodem są rodzice adopcyjni. To oni milczą. To oni się wstydzą. Krępuje ich bezpłodność i sama adopcja. Bywa, że sami czują się gorszymi rodzicami. Przodują u nich jeszcze tradycyjne stereotypy, takie jak posadzone drzewo, syn i krew z krwi. Staram się trzymać od takich rodziców z daleka. Chciałabym zniszczyć adopcyjne tabu. Nie czuje się gorsza będąc drugą mamą. Jestem takim samym pełnoprawnym rodzicem, jak każdy inny. Nie mam czego się wstydzić.

Rodzicielstwo

Jakie są najczęstsze problemy rodziców adopcyjnych?

Ewa: Przede wszystkim niekończąca się lista wymagań. Gdy rodzi się biologiczne dziecko nikt nikogo nie pyta o wymagania. Z nami jest inaczej. W teorii przysposobić dziecko może każdy kto ma zdolność do czynności prawnych. Może to być małżeństwo lub osoba samotna. W praktyce okazuje się, że liczy się również staż małżeństwa, który powinien wynosić pięć lat. Nie powinna mieć więcej niż 40 lat. Powinna mieć stabilną sytuację zawodową i mieszkaniową. Nie być karana i nie chorować na przewlekłe choroby. Oczywiście upraszam, ale takie są realne warunki zostania w Polsce rodzicem. Po spełnieniu tych warunków czeka jeszcze cała seria zaświadczeń i dokumentów oraz szereg testów i rozmów, które mają stwierdzić, czy będziemy dobrymi rodzicami. To tylko początek góry lodowej.

Co dalej?

Ewa: Kolejną rzeczą jest choćby urlop macierzyński. Ja nie miałam z tym większego problemu, bo adoptowałam dwójkę dzieci, które nie ukończyły 7 roku życia. W przypadku przyjęcia dwójki mogłam liczyć na 31 tygodni urlopu. Najbardziej mnie boli ta granica wieku! Gdy dziecko ma 7,5 roku matka nie może liczyć na normalny urlop macierzyński. Nawet starsze dziecko potrzebuje więcej czasu spędzonego z rodzicami i przyzwyczajenie się do nowego otoczenia.

Poza tym jest wiele wątpliwości i lęków, które towarzyszą nam każdego dnia od podjęcia decyzji.

Wielu rodziców przechodzi również lęk separacyjny. U naszych znajomych zdarzają się sytuacje, że dziecko tak boi się ich utraty, że nie opuszcza ich nawet na krok. Zdarzają się też ogromne problemy zdrowotne i psychiczne u bardzo zaniedbanych dzieci. Wady postawy, wymowy, opóźnienia intelektualne. Także psychika dziecka jest bardzo naruszona i często wymaga pomocy specjalisty. Nie każdy rodzic dobrze sobie z tym radzi, zdarzają się i tacy, którzy żałują swoich decyzji. Nie wszyscy dają radę. My też mieliśmy wiele obaw jak nasza dwójka pojawiła się w domu.

O co baliście się najbardziej?

Ewa: O to jak nas przyjmie i jak my zareagujemy na obcą osoby w domu. Tutaj teoria mija się z praktyką. Mimo huśtawki emocjonalnej trzeba podejść do zadania rozsądnie. Zastanawialiśmy się czy podołamy nowej sytuacji. Czy będziemy im w stanie stworzyć lepszy świat. Mała musiała nadgonić swoich rówieśników w rozwoju zarówno fizycznym jak i intelektualnym. Nikt nie zachęcał jej do żadnych aktywności. Nie dbano o jej prawidłowy rozwój.

W jednej chwili musieliśmy stać się bardzo otwarci i wrażliwi na jej emocje i sytuacje. Uczyć ją wszystkiego od nowa, poznawać ze światem i nowymi ludźmi. Pielęgnować jej zainteresowania, spełniać małe dziecięce marzenia, ale nie dać sobie wejść na głowę. To bardzo często się zdarza. Rodzice nie potrafią odmówić dziecku, które już doznało wielu krzywd. Pozwalając na wszystko, również wyrządzają mu szkodę.

Zdarzają się również dzieci maltretowane, molestowane lub gwałcone. Nierzadko maluchy są naznaczone traumą, posiadają najróżniejsze fobie. Ich rodzice muszą być wyjątkowi i przygotowani na to, co ich czeka. Zawsze trzeba pamiętać o przeszłości dziecka, o tym jak były traktowane przez biologicznych rodziców, jaką miały sytuacje rodzinną. Wtedy znacznie łatwiej jest pomóc i szukać pomocy.

Jakie dziś macie zmartwienia?

Ewa: Jak każdy rodzic! Boimy się o jej przyszłość. O studia, chłopaków, jej pierwsze randki i nastoletnie problemy. Martwią nas problemy dnia codziennego. Przedszkole, sterta prania czekająca w kuchni i niezjedzony obiad. Podobnie jest u Łukasza. Zastanawiamy się czy wyrośnie na dobrego człowieka, czy będzie agresywny, czy będzie miał problemy w szkole. Palenie, picie, dyskoteki – każdy rodzic musi się z tym zmierzyć.

Bohaterka

Nie uznają określenia „bohaterki”, zwykły nazywać się wybranymi przez los szczęściarami. To przecież one pokonały drogę najdłuższą z możliwych. Zdały rodzicielski test. Czekały tyle ile było trzeba. Gdy ich dzieci nie były gotowe na zostanie sierotami, one wyrażały gotowość, by zostać ich matkami. Adopcyjne mamy udowadniają, że geny przegrywają z miłością. Gdy nie mogły dać życia, to życie postanowiło im coś dać.

Czujesz się bohaterką?

Ewa: Nie lubię tego określenia. Nie pasuje do mnie. Mam nadzieję, że kiedyś zasłużymy na miano bohaterów w oczach naszych dzieci. Nie dlatego, że ich adoptowaliśmy, ale dlatego, że będziemy dobrymi rodzicami. Na dzień dzisiejszy to oni są naszymi małymi bohaterami. Przeszli tak wiele w tak młodym wieku. Porzucenie, samotność, proces adopcyjny i nowa rodzina. Jesteśmy wdzięczni, szczególnie Zosi, że przyjęła nas do swojego serca i spróbowała nam zaufać. Jesteśmy szczęściarzami.

Jaka była wasza pierwsza wzajemna reakcja na siebie?

Ewa: Pierwszą poznaliśmy Zosię. Gdy weszła do pokoju, nasz świat powiększył się do niewyobrażalnych rozmiarów. Jeśli mam być szczera, to Zosia nie za bardzo zwróciła na nas uwagę. Przywitała się, ucieszyła z przyniesionej zabawki i to by było na tyle. Zdecydowanie bardziej interesowało ją eksplorowanie nowego pomieszczenia.

Zdawaliśmy sobie sprawę z tego co się dzieję. Zmienił się jej cały świat wraz z imieniem, które przyjęła od razu. Całe dotychczasowe życie spędziła w Domu Dziecka. Na pewno będzie potrzebowała naszej uwagi, ale czy nas zaakceptuje? – Tego byśmy chcieli najbardziej.

Z Łukaszem było o wiele łatwiej. Był malutki i fala uczuć pojawiła się w momencie pierwszego wzięcia na ręce. Przed nim nie czuliśmy takiego strachu jak przed Zosią. Łukasz to nas zapamięta jako swoich pierwszych rodziców.

Zamierzacie kiedyś wyprowadzić go z błędu?

Ewa: Oczywiście! (śmiech). Było to dla nas naturalne od samego początku. Już dziś tłumaczę Zosi, że nie nosiłam jej ani jej braciszka w brzuszku. Zawsze byli w naszych sercach. Staramy się też czytać sporo literatury o adopcji i tej dla dorosłych i tej dziecięcej. Często szukamy kinematografii poruszającej temat adopcji. Nie chcemy by stało się to naszym problemem. Jeśli kiedyś dwie strony postanowią się wzajemnie poznać, będziemy je w tym wspierać.

Tajemnica adopcji jest problemem wielu rodzin. Każdy ośrodek poleca w odpowiedni sposób i w odpowiednim czasie uświadamiać dzieci. Oczyszcza to rodzinną atmosferę i pozwala uniknąć przykrych niespodzianek.

Jak zamierzacie chronić wasze dzieci przed reakcjami otoczenia?

Ewa: Jak każdy rodzic. Chcemy wpoić im dumę z tego kim są i skąd pochodzą. Naiwna byłaby chęć ochrony ich przed złem tego świata. Wielokrotnie czytałam komentarze na temat rodzin adopcyjnych. O nas pisano, że jesteśmy przyszywanymi rodzicami lub po prostu ich udajemy. O dzieciach, że są z odzysku, że są gorsze, bo je porzucono. Musimy ich przygotować na to zło w różnej postaci. Najważniejsze by ich poczucie wartości zdołało się temu przeciwstawić. Niezależnie z czym przyjdzie nam się uporać, będziemy w tym tkwili razem jako rodzina.

Ewa l.36. Od 2009 roku wychowuje dwoje adoptowanych dzieci. Pracuje jako pracownik socjalny. Mówi o sobie – druga matka.

Dziel się :